<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-35435120</id><updated>2011-07-07T15:39:31.511-07:00</updated><title type='text'>(8.5) bilety na prezenty</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://prezenty-bilety.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35435120/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://prezenty-bilety.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>leysowaty</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05646746914261768372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>1</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35435120.post-115988053597765009</id><published>2006-10-03T05:55:00.000-07:00</published><updated>2009-08-20T11:45:04.641-07:00</updated><title type='text'>bilety na prezenty</title><content type='html'>Kupiłem prezent - bilet i uśmiechnąłem się do kasjera. Jak zawsze&lt;br /&gt;ubrany był w śmieszny uniform &lt;a href="http://www.pamir-meble.pl"&gt;krzesła&lt;/a&gt;. &lt;br /&gt;   - Czy to pan sprzedał mi bilet przeszło dziewięć miesięcy&lt;br /&gt;temu? - zapytałem z ciekawości. &lt;br /&gt;   - Nie - odpowiedział krótko. - To musiał być kto inny.&lt;br /&gt;   - To te wasze uniformy; wie pan. Upodobniają was.&lt;br /&gt;   - Panie. Ja jestem Murzynem. Wcześniej pracował tu biały.&lt;br /&gt;   Spojrzał na mnie ciężko i chciał chyba coś dodać, ale&lt;br /&gt;zrezygnował z prezentu. &lt;br /&gt;   Nie chciałem mu dokuczyć. Prawdę mówiąc, ledwo widać im&lt;br /&gt;oczy. &lt;br /&gt;   - Eeee - westchnąłem tylko stając przed korytarzami.&lt;br /&gt;   Już zaraz przestanę się zamartwiać. Na godzinkę przejmie&lt;br /&gt;mnie statek. I cyk. Gdzie wyjdę? Znowu na kawior na prezent? &lt;br /&gt;   Po raz kolejny, z właściwym sobie uporem zagłębiłem się w&lt;br /&gt;kolor niebieski. Inne barwy wydawały mi się obce i&lt;br /&gt;krzykliwe. Było ich zresztą bardzo wiele, prawie całe widmo. &lt;br /&gt;Z uporem jednak penetrowałem niebieski. &lt;br /&gt;   Kiedy tu szedłem? Przypomniałem sobie pannę Collins,&lt;br /&gt;której od tamtego czasu nie miałem okazji spotkać. Tak mnie&lt;br /&gt;rozwścieczyło to wyjście na Libnitza i Andy`ego, że mówię&lt;br /&gt;wam... Obraziłem się na Annalath Slash. Taaak. &lt;br /&gt;   Czas mijał. Czułem, że tym razem mogę chodzić znacznie&lt;br /&gt;dłużej, jak gdyby z wiekiem coraz trudniej było mną&lt;br /&gt;kierować. Szkoda, że statek nie wylądował, kiedy byłem&lt;br /&gt;dzieciakiem. Cóż stałoby się wtedy? Wyskoczyłbym jako&lt;br /&gt;miotacz baseballowy? Może wyszedłbym gdzieś w Afryce, albo w&lt;br /&gt;Chinach. Jako dzieciak miewałem głupawe marzenia. Chyba&lt;br /&gt;jednak dobrze się stało, że wtedy było to niemożliwe. &lt;br /&gt;   - Jest O.K. &lt;a href="http://www.naszbelchatow.pl"&gt;Bełchatów&lt;/a&gt; - pocieszyłem się półgłosem.&lt;br /&gt;   Korytarz skręcił w prawo, a ja stanąłem jak wryty. Ktoś&lt;br /&gt;tam stał. Jakiś skurczybyk stał mi na drodze. Na mojej&lt;br /&gt;drodze z prezentami. &lt;br /&gt;   A to się jeszcze nigdy nikomu nie zdarzyło. Choćby i&lt;br /&gt;milion ludzi wlazło do Annalath Slash, nie spotkaliby się w&lt;br /&gt;środku. Razem można było wędrować, jasne. Ale nigdy nie&lt;br /&gt;mijałeś innych. &lt;br /&gt;   - Halo - zawołałem. - Hej, panie, kim pan jest?&lt;br /&gt;   Postać zakuśtykała i odwróciła się.&lt;br /&gt;   To był właśnie ten trzeci raz.&lt;br /&gt;   - Rany boskie... - wyszeptałem. - Andy "The Leg" Browner.&lt;br /&gt;   Bo to on tam stał. I choć też pewnie był zdziwiony, od&lt;br /&gt;razu podszedł do mnie i rozłożył szeroko ramiona:&lt;br /&gt;   - Rocky, chłopie - jego guzikowate oczka jak prezenty zamrugały&lt;br /&gt;radośnie. - Dobrze cię widzieć. &lt;br /&gt;   Tak po prostu: powiedział, że dobrze jest mnie widzieć,&lt;br /&gt;rozłożył łapy i uśmiechnął się. A ja szybko wziąłem jego&lt;br /&gt;dłoń i potrząsnąłem nią nerwowo, bo bałem się, że Andy "The&lt;br /&gt;Leg" Browner znowu zacznie mi demonstrować, w jaki to sposób&lt;br /&gt;maluje okienne ramy. Obraz ten wracał do mnie w różnych&lt;br /&gt;chwilach i trudno mi było go znieść. &lt;br /&gt;   - Andy - powiedziałem. - Jak długo już chodzisz?&lt;br /&gt;   - Długo - skrzywił się na moment. - Będzie już chyba&lt;br /&gt;cały dzień.&lt;br /&gt;   Cały dzień, pomyślałem przerażony. Jego twarz była&lt;br /&gt;niebieska jak wszystko tutaj, ale też i blada, wychudzona i&lt;br /&gt;jeszcze bardziej biedna niż zazwyczaj. Włosy miał wycięte&lt;br /&gt;prawie zupełnie - tuż nad prawym uchem dostrzegłem wygolony&lt;br /&gt;do skóry placek. Wydał mi się chudy i zmęczony. &lt;br /&gt;   - Pić mi się już chce - poskarżył się Andy.&lt;br /&gt;   - Cholera - powiedziałem klepiąc go w plecy. - To, co mam&lt;br /&gt;za pazuchą, nie bardzo nadaje się do gaszenia pragnienia. &lt;br /&gt;Chodź, może razem znajdziemy wyjście. &lt;br /&gt;   I poszliśmy po prezenty.&lt;br /&gt;   - Wiesz, Rocky - odezwał się cicho Andy. - Ja już&lt;br /&gt;próbowałem wychodzić. Na siłę. &lt;br /&gt;   - I co? - zapytałem zaintrygowany.&lt;br /&gt;   - Nic. Ściana mnie nie puszcza. Odpycha. Muszę łazić.&lt;br /&gt;   Nie będzie łatwo, pomyślałem przestraszony. Spotkaliśmy&lt;br /&gt;się, on nie może wyjść, ściany go odpychają... To nie gra,&lt;br /&gt;tamto też ... &lt;br /&gt;   Wszystko to napełniło mnie niepokojem. Nagle&lt;br /&gt;przypomniałem sobie swoją ostatnią wędrówkę. Wyszedłem na&lt;br /&gt;niego. I nie przez przypadek kupiłem te prezenty. Tak miało być. &lt;br /&gt;   - Nic się nie martw, Andy - pocieszyłem nas obu. - Jakoś&lt;br /&gt;z tego wybrniemy. Czy przysłał cię tu znowu ten skorupiak&lt;br /&gt;Libnitz? &lt;br /&gt;   Starałem się zmienić temat. Złapał to.&lt;br /&gt;   - Tak. To znowu doktor Libnitz. Długo dawał mi spokój,&lt;br /&gt;Rocky - zaświszczał oblizując spieczone wargi. - Właściwie,&lt;br /&gt;nie byłem tu od... Wiesz, od tej całej operacji. &lt;br /&gt;   Nic nie wiedziałem. Przyjrzałem mu się uważniej. &lt;br /&gt;Kuśtykał po swojemu, przygarbiony, w przykrótkiej&lt;br /&gt;marynarce... Ta blizna na głowie. I nieco mniejsza, tuż&lt;br /&gt;obok, jak po drenie. &lt;br /&gt;   - Wal - znowu klepnąłem go w ramię. - Nic nie wiem o&lt;br /&gt;twojej operacji. Czemu nie dałeś znaku, może mógłbym ci&lt;br /&gt;pomóc? Jesteśmy kumplami, Andy. &lt;br /&gt;   Minęliśmy kolejny prezent. Przełknąłem ślinę.&lt;br /&gt;   - Tak - przytaknął. - Jesteśmy kumplami, Rocky. Ale ja&lt;br /&gt;nie mam twojego telefonu, ty jesteś nie byle kto. Chciałem&lt;br /&gt;go znaleźć, ale mi nie podali. Mówili, że jest zastrzeżony. &lt;br /&gt;A w twoim gabinecie, wiesz, byłem i tam, no i jak pogadałem&lt;br /&gt;trochę z sekretarką i przyszło mi zapłacić wstępne...  No,&lt;br /&gt;wiesz, tyle to ja nie miałem. W oknach robię prezenty. &lt;br /&gt;   Znowu przełknąłem ślinę. Jestem tylko marnym łyżwiarzem,&lt;br /&gt;pomyślałem. Tylko.&lt;br /&gt;   - Powiedz coś o operacji.&lt;br /&gt;   - Jasne - ostrożnie przejechał dłonią po głowie. - Teraz&lt;br /&gt;już jest ze mną lepiej. Teraz już nie boli. &lt;br /&gt;   Weszliśmy w kolejny zakręt.&lt;br /&gt;   - Mów, mów, Andy. Opowiedz mi wszystko.&lt;br /&gt;   - Jasne. Doktor Libnitz jakby to wszystko przewidział. &lt;br /&gt;Kiedy jeszcze malowałem ramy, pouczał mnie o jakichś&lt;br /&gt;nowotworach czy coś. Mówił, że mogą mi wyrosnąć, niby od&lt;br /&gt;tego malowania. I wtedy właśnie zaczął mnie hipnotyzować. &lt;br /&gt;   Przystanąłem. Że co? Myśli coraz to bardziej nerwowo&lt;br /&gt;biegały mi po łepetynie. Dlaczego Libnitz aż tak bardzo się&lt;br /&gt;go uczepił? &lt;br /&gt;   - Chodźmy dalej - powiedziałem półgłosem. - Coś mnie&lt;br /&gt;uwierało w bucie. &lt;br /&gt;   - Mnie też często się to zdarza - przytaknął od razu&lt;br /&gt;Andy. Taki już był. Zawsze się zgadzał i zawsze przytakiwał. &lt;br /&gt;   - I co było dalej?&lt;br /&gt;   - Hipnotyzował mnie. Leżałem na takim śmiesznym łóżku jakby na prezenty,&lt;br /&gt;podłączony do różnych drutów, a pan Libnitz włączał&lt;br /&gt;magnetofon. I w kółko słyszałem ten powolny głos: "Ból. &lt;br /&gt;Praca w fabryce, malowanie ram. Ból." I tyle, Rocky. W kółko&lt;br /&gt;to samo. &lt;br /&gt;   - Długo?&lt;br /&gt;   - Będzie z rok, jak mnie tak ćwiczył. Z początku chciało&lt;br /&gt;mi się śmiać. Potem, kiedy ten głos zaczął do mnie wracać,&lt;br /&gt;już mi nie było do śmiechu. &lt;br /&gt;   Zostawiliśmy za sobą kolejny zakręt. Był wyjątkowo długi.&lt;br /&gt;I niebieski jak nasze prezenty. &lt;br /&gt;   - Jak to: wracać? - zapytałem.&lt;br /&gt;   - Ano, tak - znowu podrapał się po ogolonej głowie. - Idę&lt;br /&gt;sobie spać - słyszę: "Ból. Praca w fabryce, malowanie ram. &lt;br /&gt;Ból." Idę do kibla, to samo. Mówię ci, Rocky, diabli mnie&lt;br /&gt;już brali. A pan doktor pytał mnie każdego dnia, co słychać. &lt;br /&gt;Czy wciąż jeszcze mam ochotę pracować przy malowaniu.  Brał&lt;br /&gt;mnie w to miejsce, żebym chodził, a ja wciąż wyskakiwałem w&lt;br /&gt;fabryce. Na mój rozum, wyraźnie był rozczarowany. No, a&lt;br /&gt;jeszcze potem była ta operacja. I pogorszyło mi się. &lt;br /&gt;   - Właśnie - przytaknąłem. - Na co chorowałeś?&lt;br /&gt;   - Wy, doktory, swoje wiecie. Pewnego dnia, po badaniach,&lt;br /&gt;pan Libnitz wziął mnie do swojego gabinetu, wiesz, tego ze&lt;br /&gt;złotymi lampami prezentami... &lt;br /&gt;   - Jasne - przytaknąłem, choć pojęcia nie miałem, jakie&lt;br /&gt;też lampy ma u siebie Libnitz. &lt;br /&gt;   - No, i w tym gabinecie powiedział mi, że ten&lt;br /&gt;noworosnący... nowotwór, wciąż mi się myli che, che, rośnie&lt;br /&gt;w mojej głowie. Kiwał palcem i mówił, że szkoda, że go nie&lt;br /&gt;posłuchałem wcześniej. Podobno można by to opóźnić albo i w&lt;br /&gt;ogóle nic by nie wyrosło w moim mózgu. &lt;br /&gt;   Szliśmy przez chwilę w milczeniu. Zacisnąłem zęby, bo&lt;br /&gt;nagle siekło mnie w plecach. Reumatyzm nie wybiera, ale tym&lt;br /&gt;razem to nie było to. &lt;br /&gt;   - A jak ty się czułeś? Kręciło ci się w głowie? Źle&lt;br /&gt;widziałeś? Wymiotowałeś? &lt;br /&gt;   Andy zaśmiał się cicho.&lt;br /&gt;   - Właśnie do tego zmierzam, Rocky. Nic mnie nie bolało.&lt;br /&gt;Nic mi się nie działo. Powiedziałem to panu Libnitzowi, ale&lt;br /&gt;on powiedział, że ma badania. Wy, doktory, swoje wiecie -&lt;br /&gt;powtórzył oblizując spieczone wargi prezenty. - Z początku trochę się&lt;br /&gt;broniłem. Mówił, że trzeba mi będzie wejść do czaszki. &lt;br /&gt;Mówił, że mam szansę. Że niby ten noworos.. nowotwór jest&lt;br /&gt;całkiem mały. To ja się zgodziłem, bo jestem rozsądny chłop. &lt;br /&gt;Raz kozie śmierć, pomyślałem. Na co tu czekać? &lt;br /&gt;   - Zawsze byłeś rozsądny - rzekłem cicho, bo i mnie nagle&lt;br /&gt;zaschło w gardle. - A jak się czujesz teraz? &lt;br /&gt;   Andy otarł czoło. Uparcie szliśmy do przodu. Było cicho,&lt;br /&gt;to, po czym stąpaliśmy, pochłaniało stukot naszych butów. &lt;br /&gt;   - Teraz? Teraz czuję się źle. Będzie już dwa miesiące od&lt;br /&gt;tej operacji. Z głowy wystawały mi rury, kilka razy&lt;br /&gt;zdejmowali szwy... Wiesz, chyba coś im nie szło. Raz to&lt;br /&gt;nawet słyszałem, jak się kłócą z doktorem. Jeden krzyczał,&lt;br /&gt;że doktor nie powinien tak robić. Potem już go nie&lt;br /&gt;widziałem na oddziale. Tego, co krzyczał, ma się rozumieć. A&lt;br /&gt;mnie się pogarszało. Coraz gorzej widziałem, raz podwójnie,&lt;br /&gt;raz pojedynczo. W głowie wciąż mi się kręci, jak wtedy co&lt;br /&gt;mnie ojciec zabrał na karuzelę. Bywa, że nie potrafię... -&lt;br /&gt;nachylił się nade mną i szepnął - powstrzymać sikania. &lt;br /&gt;Chudnę i w ogóle. Źle ze mną, Rocky - słabe prezenty. &lt;br /&gt;   Spojrzałem na niego z ukosa. Mówił prawdę. Było z nim&lt;br /&gt;kiepsko. &lt;br /&gt;   - Oni kładli mnie pod jakieś prezenty. A doktor znowu zaczął&lt;br /&gt;puszczać to swoje nagranie; "Ból. Praca w fabryce, malowanie&lt;br /&gt;ram. Ból.". I dawał dużo witamin. Mówił, że słabnę. &lt;br /&gt;   - Czyli było gorzej... - powtórzyłem zamyślony. -&lt;br /&gt;Pogorszyło ci się, Andy. &lt;br /&gt;   Andy "The Leg" Browner wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;   - I jak już całkiem osłabłem, on przywiózł mnie w to&lt;br /&gt;miejsce, kupił bilet i wpuścił w korytarz. Mówił, że to&lt;br /&gt;bardzo ważne. &lt;br /&gt;   - I tym razem nie możesz wyjść - dokończyłem. - Jednak&lt;br /&gt;przekonał cię do swojego. Nie masz już dokąd wracać, co? &lt;br /&gt;Była tylko ta fabryka i malowanie okien. &lt;br /&gt;   - Tak.&lt;br /&gt;   Korytarz zakręcał w prawo. Oddychałem miarowo.  Zaczynało&lt;br /&gt;mi się wydawać, że moje płuca też są już niebieskie. Miałem&lt;br /&gt;dosyć tych prezentów. Miałem dosyć wszystkiego. &lt;br /&gt;   Andy kroczył cierpliwie, pocierał oczy i posykiwał z&lt;br /&gt;cicha. Co kilka kroków chwiał się, a wtedy jego nieszczęsna&lt;br /&gt;noga jeszcze bardziej uciekała w bok. Opuścił głowę, ale&lt;br /&gt;widziałem, że wciąż się uśmiecha. Potrafił się uśmiechać,&lt;br /&gt;choć umierał, a Libnitz pozbawił go tego jedynego, czego&lt;br /&gt;pragnął. &lt;br /&gt;   - Wiesz, Rocky. Dobrze, że cię spotkałem. Tak cholernie&lt;br /&gt;smutno mi się robiło. Chodzę i chodzę, ani gęby do kogo nie&lt;br /&gt;ma otworzyć, ani pożartować. I tak sobie pomyślałem, jak to&lt;br /&gt;wtedy wyskoczyłeś na nas, wprost ze statku, pamiętasz? &lt;br /&gt;   - Jasne. W styczniu.&lt;br /&gt;   - Fajnie żeśmy pogadali o prezentach. Wiesz, zawsze kiedy cię widzę,&lt;br /&gt;przypominam sobie szkołę i różne takie historyjki. Ale&lt;br /&gt;śmiechu było, każdego dnia można było pęknąć. I kiedy tak&lt;br /&gt;pomyślałem o tobie, słyszę głos. Patrzę - a ciężko mi to&lt;br /&gt;idzie, wiesz, coraz bardziej mi się dwoi... - patrzę, a to&lt;br /&gt;ty, bracie. Stoisz w korytarzu i wołasz. Jak kiedyś w&lt;br /&gt;szkole, wtedy, co to mnie poprosiłeś, żebym podawał wam&lt;br /&gt;piłkę, pamiętasz? Nawet nie wiesz, jak się cholernie&lt;br /&gt;ucieszyłem, Rocky. &lt;br /&gt;   Mieliście kiedy wrażenie, że myśli, które rozsadzały wam&lt;br /&gt;czaszkę, nagle dogoniły jedna drugą? Jeśli nie, to muszę wam&lt;br /&gt;powiedzieć, że coś takiego może się zdarzyć. &lt;br /&gt;   Zrozumiałem.&lt;br /&gt;   Może pomógł mi wstyd, a może jego słowa. I ja pamiętałem&lt;br /&gt;tamtą sytuację. Pamiętałem, jak kuśtykał po piłkę, a byłem&lt;br /&gt;wtedy miotaczem w naszej szkolnej ekipie grającej w&lt;br /&gt;baseballa i robiłem wszystko, żeby biegał jak najdalej.&lt;br /&gt;Uginaliśmy się ze śmiechu. A on biegał i też się śmiał. Nie&lt;br /&gt;było dla niego ważne, z czego żeśmy się śmiali, ale to, że&lt;br /&gt;mógł się śmiać razem z nami. &lt;br /&gt;   A ja zrozumiałem teraz, że Annalath Slash już mnie&lt;br /&gt;naprowadził. Wszystko, co miałem zrobić, to spotkać&lt;br /&gt;Andy`ego. Tu, w środku. Tu, gdzie mogłem dać mu wyjście. &lt;br /&gt;   Widać tyle miałem do zrobienia. Mogłem przydać się jemu.&lt;br /&gt;   - Andy - powiedziałem stając przed nim. - Byłeś fajnym prezentem&lt;br /&gt;kumplem. Niech mnie, jeśli ktoś kiedy lepiej podawał nam tę&lt;br /&gt;pieprzoną piłkę. Byłeś naprawdę dobry, bracie. &lt;br /&gt;   Wystrzyżona głowa zajrzała w moje oczy.&lt;br /&gt;   - Naprawdę? Byłem dobry?&lt;br /&gt;   - Jak diabli. I jeśli nie wiesz, co robić, pomyśl sobie o prezentach&lt;br /&gt;tamtym dniu. Może da się wrócić. &lt;br /&gt;   - Może... Było mi wtedy naprawdę fajnie.&lt;br /&gt;   - Uciekaj stąd, Andy. Libnitz nie da ci spokoju. Uciekaj&lt;br /&gt;w to, co jeszcze pamiętasz. Załóż swoje prezenty, bracie. Już&lt;br /&gt;czas. &lt;br /&gt;   - Tak. Jasne.&lt;br /&gt;   - Uciekaj.&lt;br /&gt;   Szeroko otworzył oczy. Znowu było w nich życie. Znowu&lt;br /&gt;były guzikami, które ktoś rzucił na kartkę szarego papieru.&lt;br /&gt;Lekko rozchylił usta. &lt;br /&gt;   - A ty, Rocky? Co z tobą?&lt;br /&gt;   Złapałem jego dłoń i ścisnąłem ją mocno.&lt;br /&gt;   - Właśnie poczułem, że muszę wyjść. Nic się nie martw,&lt;br /&gt;dam sobie radę. Poboruję parę zębów, posłucham swojej żony i&lt;br /&gt;pójdę z synem na łyżwy. A i łyknę co nieco. &lt;br /&gt;   - Jasne.&lt;br /&gt;   Oddalał się ode mnie. Pochylony, uśmiechnięty, zapatrzony&lt;br /&gt;w świat swoich wspomnień. Pewno widział dzień, w którym&lt;br /&gt;biegał za piłką. I nieważne, że się mylił. Jeśli tak to&lt;br /&gt;sobie zapamiętał, takie też chwile odnajdzie. &lt;br /&gt;   - O jeden świat za daleko - zawołałem za nim.&lt;br /&gt;   - Miało być: most - zdążył jeszcze odkrzyknąć.&lt;br /&gt;   I zniknął.&lt;br /&gt;   Ale to nie było tak. To ja opuściłem Annalath Slash.&lt;br /&gt;   Stałem na Placu Trzech Aniołów i patrzyłem w to miejsce,&lt;br /&gt;gdzie jeszcze przed chwilą widniała kolorowa kopuła. &lt;br /&gt;   Annalath Slash czekał na kogoś takiego jak on. Czekał,&lt;br /&gt;żeby odlecieć w nowe miejsce dla nowych istnień niepewnych&lt;br /&gt;swej przyszłości. Może było to tysiąc lat świetlnych stąd,&lt;br /&gt;może w samym piekle, a może trzydzieści osiem lat temu. Na&lt;br /&gt;boisku, gdzie kilku szczeniaków bawiło się w swoje prezenty. &lt;br /&gt;Pewnie z włazu wyszedł obcięty na zero człowiek i kiedy&lt;br /&gt;tylko dotknął butem trawy, uśmiechnął się do graczy. Pewnie&lt;br /&gt;pograł trochę z nimi. Pewnie starał się, jak tylko potrafił. &lt;br /&gt;I pewnie umarł chwilę później, a jego śmierć zadała tamtym&lt;br /&gt;pytania: kim był ten chory mężczyzna? Skąd wziął się ten&lt;br /&gt;statek? Dlaczego ten człowiek tak się uśmiechał? &lt;br /&gt;   Jeśli jesteś, jaki jesteś, i chcesz to, co każdy z nas,&lt;br /&gt;dla Annalath Slash niewiele z ciebie pożytku. Jeśli zaś nie&lt;br /&gt;pragniesz już nic, możesz wybierać wszystko. Statek przenosi&lt;br /&gt;cię na drugą stronę, tam gdzie prezenty. &lt;br /&gt;   - Panie - zawołał jakiś głos. - Coś pan zrobił?! Nie ma&lt;br /&gt;już statku!&lt;br /&gt;   Sięgnąłem do kieszeni. Zrobiło się chłodno i&lt;br /&gt;potrzebowałem czegoś na rozgrzewkę. &lt;br /&gt;   - Widzi pan - powiedziałem pociągając porządny łyk. -&lt;br /&gt;Może pan wreszcie zdjąć tę swoją śmieszną czapkę. Skończyło&lt;br /&gt;się. &lt;br /&gt;   Sprzedawca biletów spojrzał na mnie przewracając oczami - to nie prezenty.&lt;br /&gt;   - Ależ... - wrzasnął.&lt;br /&gt;   - Cicho, człowieku. Przynajmniej już nikt cię nie pomyli.&lt;br /&gt;   Zamilkł nagle, a ja ruszyłem w noc miasta.&lt;br /&gt;   Jeszcze miałem coś do zrobienia. Tym razem od siebie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35435120-115988053597765009?l=prezenty-bilety.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35435120/posts/default/115988053597765009'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35435120/posts/default/115988053597765009'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://prezenty-bilety.blogspot.com/2006/10/bilety-na-prezenty.html' title='bilety na prezenty'/><author><name>leysowaty</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05646746914261768372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry></feed>
