bilety na prezenty
Kupiłem prezent - bilet i uśmiechnąłem się do kasjera. Jak zawsze
ubrany był w śmieszny uniform krzesła.
- Czy to pan sprzedał mi bilet przeszło dziewięć miesięcy
temu? - zapytałem z ciekawości.
- Nie - odpowiedział krótko. - To musiał być kto inny.
- To te wasze uniformy; wie pan. Upodobniają was.
- Panie. Ja jestem Murzynem. Wcześniej pracował tu biały.
Spojrzał na mnie ciężko i chciał chyba coś dodać, ale
zrezygnował z prezentu.
Nie chciałem mu dokuczyć. Prawdę mówiąc, ledwo widać im
oczy.
- Eeee - westchnąłem tylko stając przed korytarzami.
Już zaraz przestanę się zamartwiać. Na godzinkę przejmie
mnie statek. I cyk. Gdzie wyjdę? Znowu na kawior na prezent?
Po raz kolejny, z właściwym sobie uporem zagłębiłem się w
kolor niebieski. Inne barwy wydawały mi się obce i
krzykliwe. Było ich zresztą bardzo wiele, prawie całe widmo.
Z uporem jednak penetrowałem niebieski.
Kiedy tu szedłem? Przypomniałem sobie pannę Collins,
której od tamtego czasu nie miałem okazji spotkać. Tak mnie
rozwścieczyło to wyjście na Libnitza i Andy`ego, że mówię
wam... Obraziłem się na Annalath Slash. Taaak.
Czas mijał. Czułem, że tym razem mogę chodzić znacznie
dłużej, jak gdyby z wiekiem coraz trudniej było mną
kierować. Szkoda, że statek nie wylądował, kiedy byłem
dzieciakiem. Cóż stałoby się wtedy? Wyskoczyłbym jako
miotacz baseballowy? Może wyszedłbym gdzieś w Afryce, albo w
Chinach. Jako dzieciak miewałem głupawe marzenia. Chyba
jednak dobrze się stało, że wtedy było to niemożliwe.
- Jest O.K. Bełchatów - pocieszyłem się półgłosem.
Korytarz skręcił w prawo, a ja stanąłem jak wryty. Ktoś
tam stał. Jakiś skurczybyk stał mi na drodze. Na mojej
drodze z prezentami.
A to się jeszcze nigdy nikomu nie zdarzyło. Choćby i
milion ludzi wlazło do Annalath Slash, nie spotkaliby się w
środku. Razem można było wędrować, jasne. Ale nigdy nie
mijałeś innych.
- Halo - zawołałem. - Hej, panie, kim pan jest?
Postać zakuśtykała i odwróciła się.
To był właśnie ten trzeci raz.
- Rany boskie... - wyszeptałem. - Andy "The Leg" Browner.
Bo to on tam stał. I choć też pewnie był zdziwiony, od
razu podszedł do mnie i rozłożył szeroko ramiona:
- Rocky, chłopie - jego guzikowate oczka jak prezenty zamrugały
radośnie. - Dobrze cię widzieć.
Tak po prostu: powiedział, że dobrze jest mnie widzieć,
rozłożył łapy i uśmiechnął się. A ja szybko wziąłem jego
dłoń i potrząsnąłem nią nerwowo, bo bałem się, że Andy "The
Leg" Browner znowu zacznie mi demonstrować, w jaki to sposób
maluje okienne ramy. Obraz ten wracał do mnie w różnych
chwilach i trudno mi było go znieść.
- Andy - powiedziałem. - Jak długo już chodzisz?
- Długo - skrzywił się na moment. - Będzie już chyba
cały dzień.
Cały dzień, pomyślałem przerażony. Jego twarz była
niebieska jak wszystko tutaj, ale też i blada, wychudzona i
jeszcze bardziej biedna niż zazwyczaj. Włosy miał wycięte
prawie zupełnie - tuż nad prawym uchem dostrzegłem wygolony
do skóry placek. Wydał mi się chudy i zmęczony.
- Pić mi się już chce - poskarżył się Andy.
- Cholera - powiedziałem klepiąc go w plecy. - To, co mam
za pazuchą, nie bardzo nadaje się do gaszenia pragnienia.
Chodź, może razem znajdziemy wyjście.
I poszliśmy po prezenty.
- Wiesz, Rocky - odezwał się cicho Andy. - Ja już
próbowałem wychodzić. Na siłę.
- I co? - zapytałem zaintrygowany.
- Nic. Ściana mnie nie puszcza. Odpycha. Muszę łazić.
Nie będzie łatwo, pomyślałem przestraszony. Spotkaliśmy
się, on nie może wyjść, ściany go odpychają... To nie gra,
tamto też ...
Wszystko to napełniło mnie niepokojem. Nagle
przypomniałem sobie swoją ostatnią wędrówkę. Wyszedłem na
niego. I nie przez przypadek kupiłem te prezenty. Tak miało być.
- Nic się nie martw, Andy - pocieszyłem nas obu. - Jakoś
z tego wybrniemy. Czy przysłał cię tu znowu ten skorupiak
Libnitz?
Starałem się zmienić temat. Złapał to.
- Tak. To znowu doktor Libnitz. Długo dawał mi spokój,
Rocky - zaświszczał oblizując spieczone wargi. - Właściwie,
nie byłem tu od... Wiesz, od tej całej operacji.
Nic nie wiedziałem. Przyjrzałem mu się uważniej.
Kuśtykał po swojemu, przygarbiony, w przykrótkiej
marynarce... Ta blizna na głowie. I nieco mniejsza, tuż
obok, jak po drenie.
- Wal - znowu klepnąłem go w ramię. - Nic nie wiem o
twojej operacji. Czemu nie dałeś znaku, może mógłbym ci
pomóc? Jesteśmy kumplami, Andy.
Minęliśmy kolejny prezent. Przełknąłem ślinę.
- Tak - przytaknął. - Jesteśmy kumplami, Rocky. Ale ja
nie mam twojego telefonu, ty jesteś nie byle kto. Chciałem
go znaleźć, ale mi nie podali. Mówili, że jest zastrzeżony.
A w twoim gabinecie, wiesz, byłem i tam, no i jak pogadałem
trochę z sekretarką i przyszło mi zapłacić wstępne... No,
wiesz, tyle to ja nie miałem. W oknach robię prezenty.
Znowu przełknąłem ślinę. Jestem tylko marnym łyżwiarzem,
pomyślałem. Tylko.
- Powiedz coś o operacji.
- Jasne - ostrożnie przejechał dłonią po głowie. - Teraz
już jest ze mną lepiej. Teraz już nie boli.
Weszliśmy w kolejny zakręt.
- Mów, mów, Andy. Opowiedz mi wszystko.
- Jasne. Doktor Libnitz jakby to wszystko przewidział.
Kiedy jeszcze malowałem ramy, pouczał mnie o jakichś
nowotworach czy coś. Mówił, że mogą mi wyrosnąć, niby od
tego malowania. I wtedy właśnie zaczął mnie hipnotyzować.
Przystanąłem. Że co? Myśli coraz to bardziej nerwowo
biegały mi po łepetynie. Dlaczego Libnitz aż tak bardzo się
go uczepił?
- Chodźmy dalej - powiedziałem półgłosem. - Coś mnie
uwierało w bucie.
- Mnie też często się to zdarza - przytaknął od razu
Andy. Taki już był. Zawsze się zgadzał i zawsze przytakiwał.
- I co było dalej?
- Hipnotyzował mnie. Leżałem na takim śmiesznym łóżku jakby na prezenty,
podłączony do różnych drutów, a pan Libnitz włączał
magnetofon. I w kółko słyszałem ten powolny głos: "Ból.
Praca w fabryce, malowanie ram. Ból." I tyle, Rocky. W kółko
to samo.
- Długo?
- Będzie z rok, jak mnie tak ćwiczył. Z początku chciało
mi się śmiać. Potem, kiedy ten głos zaczął do mnie wracać,
już mi nie było do śmiechu.
Zostawiliśmy za sobą kolejny zakręt. Był wyjątkowo długi.
I niebieski jak nasze prezenty.
- Jak to: wracać? - zapytałem.
- Ano, tak - znowu podrapał się po ogolonej głowie. - Idę
sobie spać - słyszę: "Ból. Praca w fabryce, malowanie ram.
Ból." Idę do kibla, to samo. Mówię ci, Rocky, diabli mnie
już brali. A pan doktor pytał mnie każdego dnia, co słychać.
Czy wciąż jeszcze mam ochotę pracować przy malowaniu. Brał
mnie w to miejsce, żebym chodził, a ja wciąż wyskakiwałem w
fabryce. Na mój rozum, wyraźnie był rozczarowany. No, a
jeszcze potem była ta operacja. I pogorszyło mi się.
- Właśnie - przytaknąłem. - Na co chorowałeś?
- Wy, doktory, swoje wiecie. Pewnego dnia, po badaniach,
pan Libnitz wziął mnie do swojego gabinetu, wiesz, tego ze
złotymi lampami prezentami...
- Jasne - przytaknąłem, choć pojęcia nie miałem, jakie
też lampy ma u siebie Libnitz.
- No, i w tym gabinecie powiedział mi, że ten
noworosnący... nowotwór, wciąż mi się myli che, che, rośnie
w mojej głowie. Kiwał palcem i mówił, że szkoda, że go nie
posłuchałem wcześniej. Podobno można by to opóźnić albo i w
ogóle nic by nie wyrosło w moim mózgu.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu. Zacisnąłem zęby, bo
nagle siekło mnie w plecach. Reumatyzm nie wybiera, ale tym
razem to nie było to.
- A jak ty się czułeś? Kręciło ci się w głowie? Źle
widziałeś? Wymiotowałeś?
Andy zaśmiał się cicho.
- Właśnie do tego zmierzam, Rocky. Nic mnie nie bolało.
Nic mi się nie działo. Powiedziałem to panu Libnitzowi, ale
on powiedział, że ma badania. Wy, doktory, swoje wiecie -
powtórzył oblizując spieczone wargi prezenty. - Z początku trochę się
broniłem. Mówił, że trzeba mi będzie wejść do czaszki.
Mówił, że mam szansę. Że niby ten noworos.. nowotwór jest
całkiem mały. To ja się zgodziłem, bo jestem rozsądny chłop.
Raz kozie śmierć, pomyślałem. Na co tu czekać?
- Zawsze byłeś rozsądny - rzekłem cicho, bo i mnie nagle
zaschło w gardle. - A jak się czujesz teraz?
Andy otarł czoło. Uparcie szliśmy do przodu. Było cicho,
to, po czym stąpaliśmy, pochłaniało stukot naszych butów.
- Teraz? Teraz czuję się źle. Będzie już dwa miesiące od
tej operacji. Z głowy wystawały mi rury, kilka razy
zdejmowali szwy... Wiesz, chyba coś im nie szło. Raz to
nawet słyszałem, jak się kłócą z doktorem. Jeden krzyczał,
że doktor nie powinien tak robić. Potem już go nie
widziałem na oddziale. Tego, co krzyczał, ma się rozumieć. A
mnie się pogarszało. Coraz gorzej widziałem, raz podwójnie,
raz pojedynczo. W głowie wciąż mi się kręci, jak wtedy co
mnie ojciec zabrał na karuzelę. Bywa, że nie potrafię... -
nachylił się nade mną i szepnął - powstrzymać sikania.
Chudnę i w ogóle. Źle ze mną, Rocky - słabe prezenty.
Spojrzałem na niego z ukosa. Mówił prawdę. Było z nim
kiepsko.
- Oni kładli mnie pod jakieś prezenty. A doktor znowu zaczął
puszczać to swoje nagranie; "Ból. Praca w fabryce, malowanie
ram. Ból.". I dawał dużo witamin. Mówił, że słabnę.
- Czyli było gorzej... - powtórzyłem zamyślony. -
Pogorszyło ci się, Andy.
Andy "The Leg" Browner wzruszył ramionami.
- I jak już całkiem osłabłem, on przywiózł mnie w to
miejsce, kupił bilet i wpuścił w korytarz. Mówił, że to
bardzo ważne.
- I tym razem nie możesz wyjść - dokończyłem. - Jednak
przekonał cię do swojego. Nie masz już dokąd wracać, co?
Była tylko ta fabryka i malowanie okien.
- Tak.
Korytarz zakręcał w prawo. Oddychałem miarowo. Zaczynało
mi się wydawać, że moje płuca też są już niebieskie. Miałem
dosyć tych prezentów. Miałem dosyć wszystkiego.
Andy kroczył cierpliwie, pocierał oczy i posykiwał z
cicha. Co kilka kroków chwiał się, a wtedy jego nieszczęsna
noga jeszcze bardziej uciekała w bok. Opuścił głowę, ale
widziałem, że wciąż się uśmiecha. Potrafił się uśmiechać,
choć umierał, a Libnitz pozbawił go tego jedynego, czego
pragnął.
- Wiesz, Rocky. Dobrze, że cię spotkałem. Tak cholernie
smutno mi się robiło. Chodzę i chodzę, ani gęby do kogo nie
ma otworzyć, ani pożartować. I tak sobie pomyślałem, jak to
wtedy wyskoczyłeś na nas, wprost ze statku, pamiętasz?
- Jasne. W styczniu.
- Fajnie żeśmy pogadali o prezentach. Wiesz, zawsze kiedy cię widzę,
przypominam sobie szkołę i różne takie historyjki. Ale
śmiechu było, każdego dnia można było pęknąć. I kiedy tak
pomyślałem o tobie, słyszę głos. Patrzę - a ciężko mi to
idzie, wiesz, coraz bardziej mi się dwoi... - patrzę, a to
ty, bracie. Stoisz w korytarzu i wołasz. Jak kiedyś w
szkole, wtedy, co to mnie poprosiłeś, żebym podawał wam
piłkę, pamiętasz? Nawet nie wiesz, jak się cholernie
ucieszyłem, Rocky.
Mieliście kiedy wrażenie, że myśli, które rozsadzały wam
czaszkę, nagle dogoniły jedna drugą? Jeśli nie, to muszę wam
powiedzieć, że coś takiego może się zdarzyć.
Zrozumiałem.
Może pomógł mi wstyd, a może jego słowa. I ja pamiętałem
tamtą sytuację. Pamiętałem, jak kuśtykał po piłkę, a byłem
wtedy miotaczem w naszej szkolnej ekipie grającej w
baseballa i robiłem wszystko, żeby biegał jak najdalej.
Uginaliśmy się ze śmiechu. A on biegał i też się śmiał. Nie
było dla niego ważne, z czego żeśmy się śmiali, ale to, że
mógł się śmiać razem z nami.
A ja zrozumiałem teraz, że Annalath Slash już mnie
naprowadził. Wszystko, co miałem zrobić, to spotkać
Andy`ego. Tu, w środku. Tu, gdzie mogłem dać mu wyjście.
Widać tyle miałem do zrobienia. Mogłem przydać się jemu.
- Andy - powiedziałem stając przed nim. - Byłeś fajnym prezentem
kumplem. Niech mnie, jeśli ktoś kiedy lepiej podawał nam tę
pieprzoną piłkę. Byłeś naprawdę dobry, bracie.
Wystrzyżona głowa zajrzała w moje oczy.
- Naprawdę? Byłem dobry?
- Jak diabli. I jeśli nie wiesz, co robić, pomyśl sobie o prezentach
tamtym dniu. Może da się wrócić.
- Może... Było mi wtedy naprawdę fajnie.
- Uciekaj stąd, Andy. Libnitz nie da ci spokoju. Uciekaj
w to, co jeszcze pamiętasz. Załóż swoje prezenty, bracie. Już
czas.
- Tak. Jasne.
- Uciekaj.
Szeroko otworzył oczy. Znowu było w nich życie. Znowu
były guzikami, które ktoś rzucił na kartkę szarego papieru.
Lekko rozchylił usta.
- A ty, Rocky? Co z tobą?
Złapałem jego dłoń i ścisnąłem ją mocno.
- Właśnie poczułem, że muszę wyjść. Nic się nie martw,
dam sobie radę. Poboruję parę zębów, posłucham swojej żony i
pójdę z synem na łyżwy. A i łyknę co nieco.
- Jasne.
Oddalał się ode mnie. Pochylony, uśmiechnięty, zapatrzony
w świat swoich wspomnień. Pewno widział dzień, w którym
biegał za piłką. I nieważne, że się mylił. Jeśli tak to
sobie zapamiętał, takie też chwile odnajdzie.
- O jeden świat za daleko - zawołałem za nim.
- Miało być: most - zdążył jeszcze odkrzyknąć.
I zniknął.
Ale to nie było tak. To ja opuściłem Annalath Slash.
Stałem na Placu Trzech Aniołów i patrzyłem w to miejsce,
gdzie jeszcze przed chwilą widniała kolorowa kopuła.
Annalath Slash czekał na kogoś takiego jak on. Czekał,
żeby odlecieć w nowe miejsce dla nowych istnień niepewnych
swej przyszłości. Może było to tysiąc lat świetlnych stąd,
może w samym piekle, a może trzydzieści osiem lat temu. Na
boisku, gdzie kilku szczeniaków bawiło się w swoje prezenty.
Pewnie z włazu wyszedł obcięty na zero człowiek i kiedy
tylko dotknął butem trawy, uśmiechnął się do graczy. Pewnie
pograł trochę z nimi. Pewnie starał się, jak tylko potrafił.
I pewnie umarł chwilę później, a jego śmierć zadała tamtym
pytania: kim był ten chory mężczyzna? Skąd wziął się ten
statek? Dlaczego ten człowiek tak się uśmiechał?
Jeśli jesteś, jaki jesteś, i chcesz to, co każdy z nas,
dla Annalath Slash niewiele z ciebie pożytku. Jeśli zaś nie
pragniesz już nic, możesz wybierać wszystko. Statek przenosi
cię na drugą stronę, tam gdzie prezenty.
- Panie - zawołał jakiś głos. - Coś pan zrobił?! Nie ma
już statku!
Sięgnąłem do kieszeni. Zrobiło się chłodno i
potrzebowałem czegoś na rozgrzewkę.
- Widzi pan - powiedziałem pociągając porządny łyk. -
Może pan wreszcie zdjąć tę swoją śmieszną czapkę. Skończyło
się.
Sprzedawca biletów spojrzał na mnie przewracając oczami - to nie prezenty.
- Ależ... - wrzasnął.
- Cicho, człowieku. Przynajmniej już nikt cię nie pomyli.
Zamilkł nagle, a ja ruszyłem w noc miasta.
Jeszcze miałem coś do zrobienia. Tym razem od siebie.
